
Czego nauczyła mnie budowa jachtu
Kiedy opowiadam, że razem z synem zbudowaliśmy własny jacht, wiele osób widzi przede wszystkim efekt końcowy. Jacht na wodzie, postawione żagle, pierwszy rejs i spełnione marzenie.
Ja, kiedy wracam pamięcią do tamtego czasu, widzę przede wszystkim drogę. Pomysł, który początkowo wydawał się trochę szalony. Setki decyzji. Rysunki. Materiały. Pieniądze. Godziny pracy. Problemy, których wcześniej nie potrafiliśmy przewidzieć. Zmęczenie. Satysfakcję z kolejnych zakończonych etapów. I mojego syna, z którym przez długi czas wspólnie zamienialiśmy coś istniejącego w naszej wyobraźni w prawdziwy jacht.
Po latach zrozumiałem, że był to jeden z najciekawszych projektów mojego życia. Zawodowo jestem związany z budownictwem od ponad trzydziestu lat. Projektowałem, prowadziłem kontrakty, budowałem obiekty i firmy. A jednak budowa niewielkiego jachtu nauczyła mnie kilku rzeczy, do których do dziś wracam również w biznesie.
Marzenie zaczyna się zmieniać dopiero wtedy, kiedy staje się projektem
I powoli marzenie zaczęło zmieniać się w projekt. W naszym przypadku w pewnym momencie pojawiły się rysunki, wymiary, lista materiałów, budżet i pierwsze zakupy. Trzeba było zdecydować, od czego zaczynamy i co robimy później.
Dzisiaj widzę podobny mechanizm w biznesie. Możemy chcieć zbudować większą firmę, wejść na nowy rynek, stworzyć produkt, napisać książkę albo zmienić coś we własnym życiu. Dopóki istnieje to wyłącznie w naszej głowie, pozostaje pomysłem.
Przełom następuje wtedy, kiedy pojawia się pierwszy konkretny krok.
Data. Budżet. Telefon. Rysunek. Spotkanie. Pierwsza godzina pracy.
Coś, czego wcześniej nie było.
Wielkie rzeczy powstają z bardzo małych elementów
Budując jacht, przez większość czasu nie buduje się jachtu.
Szlifuje się kawałek drewna. Dopasowuje element. Laminuje. Poprawia coś, co wczoraj wydawało się już skończone. Czeka na materiał. Rozwiązuje kolejny drobny problem.
Przez długie miesiące efekt końcowy jest bardzo daleko.
To doświadczenie wraca do mnie przy prowadzeniu firmy.
Mamy tendencję do patrzenia na duże cele: przychód, nowy oddział, większy zespół, kolejny rynek. Tymczasem firma również powstaje z setek małych rzeczy wykonywanych każdego dnia.
Jednej dobrej rozmowy z klientem. Dobrze przygotowanej oferty. Zatrudnienia właściwego człowieka. Rozwiązania problemu na budowie. Poprawienia procesu, który od miesięcy wszystkich denerwował.
Każda z tych rzeczy osobno wydaje się niewielka.
Po kilku latach okazuje się, że właśnie z nich powstało coś dużego.
Przygotowanie ma swój moment graniczny
Przy takim projekcie zawsze można znaleźć jeszcze coś do poprawienia.
Jeszcze jeden element sprawdzić. Jeszcze coś przeczytać. Jeszcze kogoś zapytać. Jeszcze trochę się przygotować.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy przygotowanie staje się sposobem na odsuwanie decyzji.
Sam mam tendencję do analizowania. Lubię wiedzieć, policzyć, sprawdzić warianty. Przy budowie nauczyłem się jednak, że w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie:
wiem wystarczająco dużo, żeby zrobić następny krok.
Nie oznacza to, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania.
Część odpowiedzi pojawi się dopiero po drodze.
Ryzyko i niepewność to dwie różne rzeczy
Przy każdym większym projekcie można przewidzieć wiele problemów.
Możemy zrobić listę ryzyk, przygotować rezerwę finansową, zaplanować dodatkowy czas, sprawdzić rozwiązania techniczne.
I warto to robić. Zawsze pozostaje jednak obszar, którego nie przewidzimy, ponieważ jeszcze nie wiemy, że istnieje. Budowa jachtu bardzo dobrze to pokazała.
Dlatego dzisiaj, rozpoczynając nowy projekt, oprócz pytania „co może pójść źle?”, coraz częściej zadaję sobie drugie:
„Jaką mam rezerwę, jeżeli wydarzy się coś, czego dzisiaj w ogóle nie potrafię przewidzieć?”
Rezerwę pieniędzy, czasu, ludzi, energii. Czasami również własnej cierpliwości. W biznesie ta ostatnia potrafi być wyjątkowo potrzebna.
Ktoś w końcu musi podjąć decyzję
W projektach bardzo łatwo wpaść w pułapkę kolejnych analiz i rozmów.
Możemy dyskutować, konsultować, porównywać rozwiązania i szukać najlepszego wariantu. Sam robię to często.
Tylko że przychodzi moment, kiedy ktoś musi podjąć decyzję i wziąć za nią odpowiedzialność.
Robimy tak.
Może później okaże się, że trzeba coś poprawić. Być może wybraliśmy rozwiązanie, które z dzisiejszej perspektywy zrobilibyśmy inaczej.
Decyzja pozwala jednak ruszyć dalej.
Brak decyzji również jest decyzją. Zwykle jedną z droższych.
Najtrudniejszy jest środek
To chyba jedna z najważniejszych rzeczy, które zapamiętałem.
Na początku każdego dużego projektu jest energia.
Jest pomysł, ekscytacja, rozmowy i wyobrażenie efektu końcowego.
Pod koniec również pojawia się energia, bo już widzimy metę.
Najtrudniejszy jest środek.
Moment, kiedy pierwsza ekscytacja dawno minęła, a końca jeszcze nie widać. Pracy pozostaje mnóstwo. Kolejny dzień wygląda podobnie do poprzedniego.
Właśnie wtedy najbardziej potrzebna jest konsekwencja.
Pomagało mi dzielenie dużego projektu na mniejsze etapy. Zamiast cały czas patrzeć na jacht, który kiedyś ma być gotowy, można patrzeć na element, który chcemy skończyć w tym tygodniu.
Dzisiaj podobnie staram się patrzeć na firmę i inne projekty.
Duży cel wyznacza kierunek.
Mały, zakończony etap daje poczucie, że naprawdę się poruszamy do przodu.
Największą wartością okazało się coś, czego wcześniej nie planowałem
Kiedy zaczynaliśmy budowę, celem był jacht.
Dzisiaj wiem, że dostaliśmy znacznie więcej.
Dostaliśmy wspólny projekt ojca i syna.
Godziny spędzone razem. Problemy, które trzeba było wspólnie rozwiązywać. Radość, kiedy coś wreszcie zaczynało działać. Spory o rozwiązania. Zmęczenie. Pierwsze wodowanie.
Tego nie było w harmonogramie ani w budżecie.
Z perspektywy czasu właśnie ta część całej historii stała się dla mnie najcenniejsza.
Czasami zaczynamy coś robić, ponieważ chcemy osiągnąć konkretny cel, a po latach odkrywamy, że największą wartością była droga i ludzie, z którymi ją przeszliśmy.
Z marzenia w rzeczywistość
O całej historii budowy napisaliśmy razem z synem książkę „Budowa jachtu Doctor – z marzenia w rzeczywistość”.
Kiedy ją pisaliśmy, jeszcze mocniej zobaczyłem, jak wiele wydarzyło się pomiędzy pierwszym pomysłem a momentem, kiedy jacht znalazł się na wodzie.
I chyba właśnie z tej historii wyrasta również moje dzisiejsze Feel. Think. Do It.
Najpierw coś pojawia się w głowie. Czujemy, że chcielibyśmy spróbować.
Potem przychodzi czas na myślenie, przygotowanie, liczenie i planowanie.
Ale w pewnym momencie trzeba przestać planować.
Trzeba zrobić pierwszy krok.
Bo nawet najlepiej zaprojektowany jacht, którego nigdy nie zaczniemy budować, pozostanie tylko rysunkiem.

Komentarze